Grupa AA "Bez nazwy" w Kozach
GOPS Kozy

{Play} Grupa AA „Bez nazwy” mieszcząca się przy ul. Przecznia 3 (LKS "Orzeł" Kozy ) zaprasza na spotkania w każdy poniedziałek i czwartek od godziny 20.00

W tych trudnych czasach osoby borykające się z uzależnieniem mogą znaleźć pomoc na stronie
aabielsko.pl, pracazinnymi.pl lub aa.org.pl.
Jeżeli ktoś by potrzebował kontaktu indywidualnego, można dzwonić na numer infolinii AA Podbeskidzie 510 302 430.

Mitingi AA w najbliższej okolicy


"Jak feniks z dna butelki…”, czyli prawdziwe historie Alkoholików.

https://aabielsko.pl/html5-blank/jak-feniks-z-dna-butelki-czyli-prawdziwe-historie-alkoholikow/?fbclid=IwAR1sxASQNIpW1OdAh46zpwYhWuLmdkoGpP7Mi2xa7-OI-g_AA7AWpGhJg08

Aby nie bać się postawić pierwszego kroku - historie osobiste:

Moja droga do domu

Mam na imię Staszek, jestem alkoholikiem.

Moje pierwsze kontakty z alkoholem rozpoczęły się po ukończeniu szkoły podstawowej. Na pierwszym miejscu byli wówczas dla mnie starsi koledzy i wódka. Odsunąłem się od Boga, kościoła i rodziny. Tak mijały dnia, miesiące, lata. Nie przyjmowałem do wiadomości, że alkoholizm to choroba. Gdy mówili do mnie, że jestem alkoholikiem, wybuchałem złością i gniewem. Najważniejsze było picie i koledzy, a każda rozpoczęta praca kończyła się zwolnieniem dyscyplinarnym z powodu nadużywania alkoholu.

Pierwszym sygnałem, że coś niepokojącego dzieje się z moim organizmem była utrata przytomności na skutek zakładu z kolegami, kto wypije więcej alkoholu. Przewieziono mnie wówczas do szpitala, gdzie po odzyskaniu przytomności nie zdawałem sobie dalej sprawy z powagi sytuacji i wypisałem się ze szpitala na własne żądanie. Znowu najważniejsze było dla mnie, abym mógł napić się z kolegami.

Nawet prośby i łzy mamy nie robiły na mnie wrażenia. Prosiła mnie, abym się modlił i chodził do kościoła, ale ja wybierałem drogę do alkoholu.

Próbowałem żyć w abstynencji dwa, trzy tygodnie nie wychodząc z domu.

Wtedy miałem delirkę, trzęsły mi się ręce i oblewały mnie poty. Gdy tylko mi się poprawiło, wychodziłem z domu mówiąc mamie, że idę tylko na jedno piwo. Oczywiście nigdy nie kończyło się na tym jednym.

Przecież nie jestem chory- tak sobie to tłumaczyłem, wmawiałem.

Wkrótce pojawiły się kolejne znakiem ze strony mojego wyczerpanego organizmu i psychiki.  Wyjechałem ze szwagrem, nie piłam wówczas trzy dni. Z dala od domu, otoczony lasem zacząłem słyszeć głosy, które mówiły do mnie.

Byłem zdziwiony, że ktoś może mnie tu znać. Nie podzieliłem się tym ze szwagrem. Po powrocie do domu, oczywiście poszedłem się napić. Wracając pijany, widziałem i słyszałem grupę chłopaków mówiących do mnie "my cię zabijemy". Ze strachu zapukałem do drzwi sąsiadki opowiadając jej o tym zdarzeniu.

Wychodząc do jej kuchni, ujrzałam znowu tych samych chłopców. Zabrałem nóż i dźgnąłem się trzykrotnie w brzuch. Sąsiadka wystraszyła się bardzo, nie rozumiejąc, co się dzieje. W rzeczywistości nikt przecież mnie nie śledził.

Znalazłem się w szpitalu, gdzie zwidy i głosy nadal mnie nie opuszczały. Były to alarmujące sygnały, że dobiłem dna.

Dopiero po tygodniowym pobycie w szpitalu, wysłuchując mszy i kazania w kaplicy zauważyłam, że omany zniknęły.

Mama i rodzeństwo nigdy nie stracili nadziei na moje nawrócenie, modląc się i zamawiając mszę w mojej intencji.

Po kilku dniach pobytu w domu i trzeźwości, przyszła do nas Pani z opieki społecznej pod pretekstem wywiadu środowiskowego.  Wówczas zapytała mnie, czy może mi jakoś pomóc z moim problemem alkoholowym. Zaproponowała terapię. Wiedziałem, że będzie mi bardzo ciężko podjąć decyzję, aby zostawić kolegów i alkohol. Ale myśląc, że Pan Bóg chce dla mnie jak najlepiej i że może to być ostatnia szansa, podjąłem się leczenia w przychodni uzależnień.  Zostałem tam mile przyjęty i zapoznamy z terapeutą, psychologiem oraz grupą osób z podobnymi problemami. To dodało mi chęci i motywacji do leczenia.

Po nabraniu zaufania do grupy, otworzyłem się wylewając przed nimi swoje pirackie krzywdy, żale i uczynki, którymi raniłem bliskie mi osoby.

Zacząłem również uczęszczać na spotkania AA. Tam, nabrałem chęci do życia i tego, że jestem już pełnowartościowym człowiekiem i alkoholikiem.  Teraz wiem, że alkoholizm to śmiertelna choroba, z którą jednak można żyć godnie, pięknie i szczęśliwie wierząc w Siłę Wyższą. Spotkania w AA pomogły mi otworzyć swoje serce i żyć w trzeźwości.

Obecnie, będąc 28 lat trzeźwym mam wspaniałą i kochającą mnie żonę, cudowne dzieci, dom, samochód i pracę. Nowe życie.  Zdaję sobie sprawę, że mam, dla kogo żyć.  Nie miałbym tego wszystkiego, gdybym wciąż pił...A może już by w ogóle mnie nie było...

Staszek Alkoholik


"Stereotypy"

Temat stereotypów dotyczący alkoholizmu poruszany był już przez nas wcześniej na 11 rocznicy grupy AA Bez Nazwy, która miała miejsce w Domu Kultury w Kozach. Jak podkreśla wielu specjalistów nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez stereotypów i nie jesteśmy w stanie się ich całkowicie wyzbyć, bowiem one, upraszczając świat, pozwalają nam funkcjonować. Natomiast im bardziej będziemy świadomi tego, jakimi stereotypami się kierujemy, jakie stereotypy są na nasz temat, jakie przekonania kierują naszym zachowaniem - tym bardziej rozszerza się nasza perspektywa i możemy przeciwdziałać krzywdzącemu działaniu stereotypów.   

  Jeśli chodzi o alkoholizm przyjmuje się, jako jednostka chorobowa równoważna merytorycznie z uzależnieniem od alkoholu klasyfikowanym, jako F10 w ICD-10. Uznanie uzależnienia i tym samym alkoholika, jako choroby, chorego człowieka niejako w świadomości społeczeństwa burzy stereotyp " pijaństwa" w negatywnym rozumieniu tego słowa. Problem niestety zauważyłam już, jako osoba pracującą w szkole, u najmłodszych. Dzieci posługują się słownictwem takim jak „żul”, „brudas”, „ menel spod monopolowego”. Jako pedagog mogę przełamać ten stereotyp poprzez uświadomienie, dostarczenie wiedzy, że jest to choroba i dotknąć może każdego bez względu na płeć, wykształcenie, etc.

Jako członek wspólnoty AA, grupy" Bez Nazwy" doświadczam przełamywania stereotypów związanych z alkoholizmem na każdym mitingu. Historie innych uzmysławiają mi- alkoholiczce, że np. nieprawdą jest, że alkoholik może pić kontrolowanie, albo, że tzw. weekendowe spożywanie alkoholu to nie alkoholizm. Czy aby stać się alkoholikiem, trzeba pić codziennie i być stale w ciągu odurzenia? Okazuje się, że nie. Dobrze funkcjonujący alkoholicy są w stanie ukrywać swój nałóg, w dni pracujące powstrzymują się od picia, za to upijają się w weekendy i inne dni wolne od pracy. Mechanizm ten jest często spotykany i znajduje społeczne przyzwolenie, jednak należy pamiętać, że cotygodniowe regularne picie to też alkoholizm. Osoba uzależniona jest w stanie, ukrywać swój nałóg i go bagatelizować. To może trwać latami i pozostawać niezauważalne dla otoczenia. Alkoholik to margines społeczny? Z takim obraźliwym stwierdzeniem można spotkać się bardzo często. Brak szacunku dla osób uzależnionych, traktowanie ich, jako gorszą część społeczeństwa, obniżanie ich wartości – te aspekty zdecydowanie dominują i niewątpliwie krzywdzą nie tylko osoby uzależnione, ale również ich rodziny. Obraz alkoholika, jako brudnego, zaniedbanego i generującego nieprzyjemny zapach ma także inne konsekwencje. Okazuje się, że wskutek takiego stereotypowego wizerunku często niezauważalny jest problem alkoholowy u osób z wyższym statusem społecznym. Warto podkreślić, że niejednokrotnie alkoholikami stają się osoby zadbane i eleganckie, mające pełne i pozornie szczęśliwe rodziny, rozwijające się zawodowo i spełniające w życiu codziennym. Mit alkoholika z ulicy sprawia, że ludzie nie podejrzewają nawet, że bliska im osoba może być alkoholikiem, gdyż nie pasuje do społecznego opisu tego zaburzenia. I można by wymieniać dalej...

Jako wspólnota AA staramy się uświadamiać społeczeństwo, że alkoholizm to nie żarty, że jest to choroba śmiertelna. Burzymy stereotyp postrzegania grupy AA, jako "sekty", " formacji ludzi z ulicy". Chcemy, by osoby zmagające się z tą choroby wiedziały, że mogą otrzymać wsparcie. Jest wiele osób wśród nas, którzy myślą, że są sami, ze swoim nałogiem. My mówimy, że nie, że bez względu na wyznanie, poglądy etc. Grupa Anonimowych Alkoholików jest miejscem dla każdego, kto zapragnie żyć godnie i zdrowo...I aby w ogóle ŻYĆ.

BasiAA


 „Chciałem znowu poczuć piękno świata… Krótka historia długiej podróży do trzeźwości”

Mam na imię Marian. Jestem alkoholikiem trzeźwym od 26 lat. Nawet po tylu latach trzeźwości pamiętam ten smak miodówki, czekoladówki, przepalanki i innych wynalazków.
Wydawało mi się, że jest to lekarstwo na wszelkie radości, smutki i troski, ale po kilku latach życie boleśnie to zweryfikowało.

Około 19-tego roku życia wylądowałem w więzieniu a po wyjściu długo nie nacieszyłem się wolnością, bo po około 2 miesiącach znów znalazłem się za kratkami.
Z perspektywy czasu wiem, że już wtedy byłem uzależniony, ponieważ nawet denaturat, perfumy czy borygo nie były mi obce.

Po odbyciu wyroku alkohol nadal był moim „przyjacielem”. Terapia odwykowa niewiele wniosła w moje życie.
Oczywiście bywały chwile, gdy się podnosiłem by iść dalej, by żyć lepiej, zacząć wszystko od nowa, ale niestety po kilku tygodniach znów upadłem.
Nie czułem już piękna zieleni, nie widziałem gwiazd na niebie, nie słyszałem śpiewu ptaków, szumu drzew, byłem zapatrzony w martwotę i pustkę.
Dałem się wciągnąć w wir tej maszyny, jakim jest „alkohol” zatracając z czasem poczucie godności, wstydu i człowieczeństwa.

Dzięki Bogu i wspólnocie AA wydostałem się z tej przepaści, nad którą stałem, z której moim zdaniem nie każdy potrafi wyjść,
ale jeżeli ktoś zdecyduje się na ten pierwszy krok, to jest nadzieja, że w niedługim czasie osiągnie swój cel,
czego z całego serca wszystkim cierpiącym jeszcze alkoholikom życzę.

We wspólnocie AA poznałem mądrych, szczerych, życzliwych i wyrozumiałych przyjaciół.
Warto taki kontakt utrzymać, gdyż staje się nadzieją na lepsze jutro. To podpora duchowa w walce ze swoimi słabościami, to pokarm duchowy dla mojej zbolałej duszy.
Szczęśliwy ten, co prawdziwą przyjaźń zna, z nią łatwiej jest żyć. Czasem tak mało trzeba by uwierzyć w siebie i innych…

Głowa do góry!

Marian



"WYJŚCIE Z BŁĘDNEGO KOŁA"


Mam na imię Basia i jestem alkoholiczką. Od ponad roku jestem trzeźwa, co nie oznacza, że do końca

zdrowa. Do niedawna nie dopuszczałam do świadomości, że jestem uzależniona, że jestem chora na

śmiertelną chorobę, jaką jest alkoholizm. Z racji tego, że wychowałam się w rodzinie, gdzie ten

problem był chlebem powszednim, miałam o temacie uzależnień dużą wiedzę. Tak, ja wiem, ale

przecież mnie to nie dotyczy. Ja piję, bo lubię, nie, że muszę- tak na tamten czas myślałam.

Zanim sama zrozumiałam, że jestem uzależniona, przeszłam długą drogę. Stres, presje, niepożądane

uczucia najlepiej koiło się lampką wina i lekami. Tylko ta lampka była coraz słabsza, więc

automatycznie kończyło się na kilku butelkach. A stres po jakimś czasie wracał z zdwojoną siłą

i paraliżował każdy mój ruch. Przestała mnie cieszyć praca, ludzie, moja pasja. Wyczekiwałam

wieczoru, aby znowu poczuć ulgę, nie ważne były konsekwencje, w głowie świdrowała jedna myśl-

napić się i zaraz będzie lepiej. Konsekwencji było coraz więcej. Problemy w pracy, długi, izolacja, brak

zaufania rodziny i bliskich, upadek na zdrowiu etc. Znowu, więc napady lęków i błędne koło

rozpędzało się. Nie pomogły szpitale psychiatryczne, terapie, ośrodki...Może tylko na chwilę, ale

schemat powrotu do kieliszka i leków zostawał ten sam.

Przyszedł w końcu czas na moje dno. Na upadek, z którego sama nie dałam rady powstać nawet na

kolana. Piłam już każdego dnia, dawki leków również wzrosły do niekontrolowanych.

Pewnego dnia zadzwonił przyjaciel rodziny- trzeźwy alkoholik i zaproponował, abym wybrała się

z nim na spotkanie AA tzw. miting. Nie była mi to obca nazwa. Wspólnota Anonimowych Alkoholików

przewijała się już w moim życiu, ale jak zwykle podchodziłem do niej, jako zadanie do wykonania, nie

do końca szczerze, a już zapewne nie, jako drogę do zdrowienia i lepszego życia. Pojechałem jednak...

Jednocześnie zaczęłam terapię uwalniającą mnie od leków pod okiem psychiatry, któremu wyznałam

szczerze wszystkie moje eksperymenty. Po pierwszych spotkaniach w AA i u lekarza poczułam

namiastkę spokoju i nadziei. Pamiętam, jak początkowo jeszcze trzęsły mi się dłonie, jak wylewałam

łzy przy każdej wypowiedzi, ale jednocześnie czułam, że nie jestem sama, że skoro tylu ludzi koło

mnie jest teraz uśmiechniętych, pogodnych, to może ja też kiedyś taka będę...

Chodząc na spotkania AA, słuchając doświadczeń innych, czerpiąc od grupy siłę i widząc ile szczęścia

daje innym trzeźwe życie, zaczęłam więcej się uśmiechać. Cieszył mnie każdy trzeźwy dzień, każda

mała rzecz, każdy kroczek do przodu bez paraliżującego lęku.

Patrzyłam w lustro i widziałam Basię, która bardzo powoli, ale jednak, zaczęła przypominać tą wesołą

i pełną wiary dziewczynę sprzed laty. Przede wszystkim widziałam człowieka, który nareszcie nie

oszukuje samego siebie, nie kombinuje, nie udaje.

Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, w końcu miesiąc za miesiącem w trzeźwości, zaufaniu Bogu,

dopuszczeniem do świadomości choroby i uznaniu bezsilności wobec niej, zaczęłam zauważać, że nie

tylko jestem trzeźwa, ale również ta trzeźwość mi smakuje i daje owoce. Zaczęłam odzyskiwać powoli

kontrolę nad swoim życiem, sprzątać to, co zaśmieciłam. Przestałam obiecywać, a zaczęłam działać.

Krok po kroku odbudowuje relacje z bliskimi, nabieram stabilności finansowej, zyskuje zaufanie,

praca cieszy mnie jak dawniej, rozwijam się w swojej pasji i co bardzo cenne staram się pomagać

ludziom takim jak ja, którzy są w tym samym punkcie swojej choroby, co ja byłam kiedyś. Wtedy do

mnie wyciągnięto pomocną dłoń niczego w zamian nie oczekując.

Czy to oznacza, że teraz jest idealnie, cudownie i w ogóle naj, naj...?

Oczywiście, że nie. Są, jak u każdego człowieka, gorsze momenty, czasem pojawia się lęk, chwile

zwątpienia, apatia...Życie po prostu, ale dzięki wspólnocie i postępowaniu zgodnie z programem

zdrowienia oraz rozmową z członkami grupy, problemy nie urastają do ogromnych rozmiarów.

Nauczyłam się szukać rozwiązania, a nie uparcie tkwić w miejscu, przestałam również obawiać się

poproszenia o pomoc.

Zaczęłam także cieszyć się z małych rzeczy, jak ja to nazywam małych -wielkich radości.

Nie oczekuję fajerwerków, cieszę się z tego, co mam, a mam dzisiaj, 24 godziny, które mogę przeżyć

godnie, szczęśliwie, użyteczne, z uśmiechem na ustach i w sercu, a przy tym dać drugiej osobie część

samej siebie.

Nie pisałabym tego dzisiaj gdyby nie Wspólnota AA, bo przypuszczam, że już bym nie żyła, ale

widocznie Ktoś ważniejszy ode mnie, a w moim rozumieniu Bóg miał wobec mnie inne plany...

Basia AA