Grupa AA "Bez nazwy" w Kozach
GOPS Kozy

{Play} Grupa AA „Bez nazwy” mieszcząca się przy ul. Przecznia 3 (LKS "Orzeł" Kozy ) zaprasza na spotkania w każdy poniedziałek i czwartek od godziny 20.00

W tych trudnych czasach osoby borykające się z uzależnieniem mogą znaleźć pomoc na stronie
aabielsko.pl, pracazinnymi.pl lub aa.org.pl.
Jeżeli ktoś by potrzebował kontaktu indywidualnego, można dzwonić na numer infolinii AA Podbeskidzie 510 302 430.

Mitingi AA w najbliższej okolicy


"Jak feniks z dna butelki…”, czyli prawdziwe historie Alkoholików.

https://aabielsko.pl/html5-blank/jak-feniks-z-dna-butelki-czyli-prawdziwe-historie-alkoholikow/?fbclid=IwAR1sxASQNIpW1OdAh46zpwYhWuLmdkoGpP7Mi2xa7-OI-g_AA7AWpGhJg08

Aby nie bać się postawić pierwszego kroku - historie osobiste:

 „Chciałem znowu poczuć piękno świata… Krótka historia długiej podróży do trzeźwości”

Mam na imię Marian. Jestem alkoholikiem trzeźwym od 26 lat. Nawet po tylu latach trzeźwości pamiętam ten smak miodówki, czekoladówki, przepalanki i innych wynalazków.
Wydawało mi się, że jest to lekarstwo na wszelkie radości, smutki i troski, ale po kilku latach życie boleśnie to zweryfikowało.

Około 19-tego roku życia wylądowałem w więzieniu a po wyjściu długo nie nacieszyłem się wolnością, bo po około 2 miesiącach znów znalazłem się za kratkami.
Z perspektywy czasu wiem, że już wtedy byłem uzależniony, ponieważ nawet denaturat, perfumy czy borygo nie były mi obce.

Po odbyciu wyroku alkohol nadal był moim „przyjacielem”. Terapia odwykowa niewiele wniosła w moje życie.
Oczywiście bywały chwile, gdy się podnosiłem by iść dalej, by żyć lepiej, zacząć wszystko od nowa, ale niestety po kilku tygodniach znów upadłem.
Nie czułem już piękna zieleni, nie widziałem gwiazd na niebie, nie słyszałem śpiewu ptaków, szumu drzew, byłem zapatrzony w martwotę i pustkę.
Dałem się wciągnąć w wir tej maszyny, jakim jest „alkohol” zatracając z czasem poczucie godności, wstydu i człowieczeństwa.

Dzięki Bogu i wspólnocie AA wydostałem się z tej przepaści, nad którą stałem, z której moim zdaniem nie każdy potrafi wyjść,
ale jeżeli ktoś zdecyduje się na ten pierwszy krok, to jest nadzieja, że w niedługim czasie osiągnie swój cel,
czego z całego serca wszystkim cierpiącym jeszcze alkoholikom życzę.

We wspólnocie AA poznałem mądrych, szczerych, życzliwych i wyrozumiałych przyjaciół.
Warto taki kontakt utrzymać, gdyż staje się nadzieją na lepsze jutro. To podpora duchowa w walce ze swoimi słabościami, to pokarm duchowy dla mojej zbolałej duszy.
Szczęśliwy ten, co prawdziwą przyjaźń zna, z nią łatwiej jest żyć. Czasem tak mało trzeba by uwierzyć w siebie i innych…

Głowa do góry!

Marian



"WYJŚCIE Z BŁĘDNEGO KOŁA"


Mam na imię Basia i jestem alkoholiczką. Od ponad roku jestem trzeźwa, co nie oznacza, że do końca

zdrowa. Do niedawna nie dopuszczałam do świadomości, że jestem uzależniona, że jestem chora na

śmiertelną chorobę, jaką jest alkoholizm. Z racji tego, że wychowałam się w rodzinie, gdzie ten

problem był chlebem powszednim, miałam o temacie uzależnień dużą wiedzę. Tak, ja wiem, ale

przecież mnie to nie dotyczy. Ja piję, bo lubię, nie, że muszę- tak na tamten czas myślałam.

Zanim sama zrozumiałam, że jestem uzależniona, przeszłam długą drogę. Stres, presje, niepożądane

uczucia najlepiej koiło się lampką wina i lekami. Tylko ta lampka była coraz słabsza, więc

automatycznie kończyło się na kilku butelkach. A stres po jakimś czasie wracał z zdwojoną siłą

i paraliżował każdy mój ruch. Przestała mnie cieszyć praca, ludzie, moja pasja. Wyczekiwałam

wieczoru, aby znowu poczuć ulgę, nie ważne były konsekwencje, w głowie świdrowała jedna myśl-

napić się i zaraz będzie lepiej. Konsekwencji było coraz więcej. Problemy w pracy, długi, izolacja, brak

zaufania rodziny i bliskich, upadek na zdrowiu etc. Znowu, więc napady lęków i błędne koło

rozpędzało się. Nie pomogły szpitale psychiatryczne, terapie, ośrodki...Może tylko na chwilę, ale

schemat powrotu do kieliszka i leków zostawał ten sam.

Przyszedł w końcu czas na moje dno. Na upadek, z którego sama nie dałam rady powstać nawet na

kolana. Piłam już każdego dnia, dawki leków również wzrosły do niekontrolowanych.

Pewnego dnia zadzwonił przyjaciel rodziny- trzeźwy alkoholik i zaproponował, abym wybrała się

z nim na spotkanie AA tzw. miting. Nie była mi to obca nazwa. Wspólnota Anonimowych Alkoholików

przewijała się już w moim życiu, ale jak zwykle podchodziłem do niej, jako zadanie do wykonania, nie

do końca szczerze, a już zapewne nie, jako drogę do zdrowienia i lepszego życia. Pojechałem jednak...

Jednocześnie zaczęłam terapię uwalniającą mnie od leków pod okiem psychiatry, któremu wyznałam

szczerze wszystkie moje eksperymenty. Po pierwszych spotkaniach w AA i u lekarza poczułam

namiastkę spokoju i nadziei. Pamiętam, jak początkowo jeszcze trzęsły mi się dłonie, jak wylewałam

łzy przy każdej wypowiedzi, ale jednocześnie czułam, że nie jestem sama, że skoro tylu ludzi koło

mnie jest teraz uśmiechniętych, pogodnych, to może ja też kiedyś taka będę...

Chodząc na spotkania AA, słuchając doświadczeń innych, czerpiąc od grupy siłę i widząc ile szczęścia

daje innym trzeźwe życie, zaczęłam więcej się uśmiechać. Cieszył mnie każdy trzeźwy dzień, każda

mała rzecz, każdy kroczek do przodu bez paraliżującego lęku.

Patrzyłam w lustro i widziałam Basię, która bardzo powoli, ale jednak, zaczęła przypominać tą wesołą

i pełną wiary dziewczynę sprzed laty. Przede wszystkim widziałam człowieka, który nareszcie nie

oszukuje samego siebie, nie kombinuje, nie udaje.

Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, w końcu miesiąc za miesiącem w trzeźwości, zaufaniu Bogu,

dopuszczeniem do świadomości choroby i uznaniu bezsilności wobec niej, zaczęłam zauważać, że nie

tylko jestem trzeźwa, ale również ta trzeźwość mi smakuje i daje owoce. Zaczęłam odzyskiwać powoli

kontrolę nad swoim życiem, sprzątać to, co zaśmieciłam. Przestałam obiecywać, a zaczęłam działać.

Krok po kroku odbudowuje relacje z bliskimi, nabieram stabilności finansowej, zyskuje zaufanie,

praca cieszy mnie jak dawniej, rozwijam się w swojej pasji i co bardzo cenne staram się pomagać

ludziom takim jak ja, którzy są w tym samym punkcie swojej choroby, co ja byłam kiedyś. Wtedy do

mnie wyciągnięto pomocną dłoń niczego w zamian nie oczekując.

Czy to oznacza, że teraz jest idealnie, cudownie i w ogóle naj, naj...?

Oczywiście, że nie. Są, jak u każdego człowieka, gorsze momenty, czasem pojawia się lęk, chwile

zwątpienia, apatia...Życie po prostu, ale dzięki wspólnocie i postępowaniu zgodnie z programem

zdrowienia oraz rozmową z członkami grupy, problemy nie urastają do ogromnych rozmiarów.

Nauczyłam się szukać rozwiązania, a nie uparcie tkwić w miejscu, przestałam również obawiać się

poproszenia o pomoc.

Zaczęłam także cieszyć się z małych rzeczy, jak ja to nazywam małych -wielkich radości.

Nie oczekuję fajerwerków, cieszę się z tego, co mam, a mam dzisiaj, 24 godziny, które mogę przeżyć

godnie, szczęśliwie, użyteczne, z uśmiechem na ustach i w sercu, a przy tym dać drugiej osobie część

samej siebie.

Nie pisałabym tego dzisiaj gdyby nie Wspólnota AA, bo przypuszczam, że już bym nie żyła, ale

widocznie Ktoś ważniejszy ode mnie, a w moim rozumieniu Bóg miał wobec mnie inne plany...

Basia AA